środa, 26 czerwca 2013
VII
Głupi, głupi głupi!- zarzucam sobie w myślach. Najpierw spaliłem zupę, oparzyłem sobie rękę, potem pocałowałem kolegę z klasy, stwierdziwszy, że mnie pociąga, a teraz jak ten matoł o dwóch lewych rękach siedzę w JEGO kuchni, przy JEGO stole, na jednym z JEGO rozchwianych krzeseł i patrzę, jak smaży mi naleśniki.
Spod przymrużonych powiek przyglądam się Rudemu skaczącemu od lodówki do kuchenki i z powrotem.
-Co Ci tak wesoło?- burczę, ażeby tylko przerwać panującą nieznośnie ciszę.
-Tak po prostu- rzuca bez ironii, skupiając się na prawidłowym przełożeniu ciasta na patelni- Cieszę się z rozwoju sytuacji.
-Cieszysz się, że się oparzyłem?- Marszczę brwi w geście teatralnego oburzenia.
-Tak.- Zielone tęczówki rzucają mi przelotne spojrzenie, w którym płoną wesołe iskierki, a ja rumienię się niczym średniowieczna dziewica..
Wydymam wargi, składając ręce na piersi. Muszę być obrażony (przynajmniej pozornie).
-Dupek- mamroczę pod nosem.
-No co? Gdybyś się nie oparzył, nie stało by się.. Nic. I nie siedział byś tu teraz, a ja nie byłbym Twoim karmicielem.- Theo odkłada chyba już piątego naleśnika na talerz.
-Szkoda jeszcze, że nie masz na sobie gosposiowego fartuszka. Wtedy już całkiem wyglądał byś jak jakaś kura domowa.- Wzdycham, próbując wyobrazić sobie mojego "przyjaciela" w tym niemęskim stroju.
-Nie przeginaj Mały.-chichocze-Bo zaraz znajdę ten durny fartuszek i Ci go założę.
Oh, dobre było. Masuję się po najedzonym brzuchu, pełen uznania dla kucharza. Jedzenie chyba nigdy nie stanowiło dla mnie takiej przyjemności.
-I jak? Smakowało Ci?-Theo pyta, jakby z niepokojem.
-No wiesz..
-No?
-Mogłeś nałożyć mi nieco więcej bitej śmietany.. - cmokam z aprobatą - ale ogólnie, częściej będę korzystał z Twoich kulinarnych usług.
Twarz Rudego rozjaśniała, rozpromieniała i pokazała mi jego inne, bardziej swojskie oblicze. Urzeczony wpatruje się w uchylone warki, wygięte w szerokim uśmiechu, ukazującym rządek białych zębów, dołeczki w policzkach i drobne, wcześniej dla mnie niewidoczne piegi na prostym, zgrabnym nosie.
Na prawdę mi się podoba. Przełykam ślinę. On. Facet. Theodor.
Może ja zawsze nieświadomie byłem odmiennej orientacji? Tak, to by wyjaśniało, dlaczego nigdy w życiu nie zakochałem się w kobiecie.
Rozmawiamy o wszystkim i o niczym. Śmiejemy się. Wymieniamy poglądy. Czujemy się wobec siebie bardzo swobodnie.
I pomyśleć, że jeszcze niecałe dwa tygodnie temu, tak cholernie go nienawidziłem.
Na tą myśl, robi nie się niesamowicie głupio, co wyrażają różowe wykwity na moich zwykle bladych policzkach. Nie muszę przeglądać się w lustrze, by wiedzieć, że tam są. Czuję jak palą moją twarz.
-O czym myślisz?- Rudzielec wyrywa mnie z zadumy- Sądząc po wyrazie Twojej twarzy..-delikatnie ujmuje pod stołem moją dłoń i kciukiem zaczyna masować jej wierzch.-..to o mnie.
-Nie schlebiaj sobie tak, Theodorze.-kłamię, skupiając się na tym niespodziewanie miłym wrażeniu dotykowym i rumienię się jeszcze bardziej.
-Oh, jakiś Ty oficjalny- chłopak pochyla się nieco do przodu, tym samym zbliżając swoją twarz do mojej. Dzieli nas góra trzydzieści centymetrów. Patrzę na usta, które całowałem po raz pierwszy jakieś dwie godziny temu. Ładnie wykrojone, ciepłe i miękkie usta. Czy chcę to powtórzyć..? Opieram swoje czoło o jego, nie mogąc się powstrzymać. Nie patrzę na niego, wstydzę się. To zbyt nowe.. Ale tak bardzo pragnę, być blisko jeszcze raz..
-Młody!- Podskakuję na krześle jak oparzony, jednocześnie odsuwając się od Theo. Cóż to za obcy głos?- Młody!
-To mój brat.-Theo przewraca oczami wyraźnie poirytowany. Widzę, jak się spina. Powoli i niechętnie puszcza moje knykcie, po czym krzyczy już w stronę przedpokoju- Co jest?! Czego się drzesz?!
Nie mija długa chwila, a właściciel głosu staje w progu niemała zaskoczony. Spogląda to na Theo, to na mnie. Cóż. Są do siebie podobni. Nawet bardzo. Oczy zielone, identyczne kropka w kropkę. Kolor włosów podobny, lecz te należące do mojego Rudego, są bardziej płomienne i nie spływają kaskadą aż za łopatki. Nos ten sam. Usta. Podbródek. Jestem w szoku. Ten facet wygląda jak starsza wersja Theo. Myślę, że ma nie więcej niż dwadzieścia pięć lat.
-Alex- Rudy posyła mu nieprzyjazne spojrzenie, w którym czai się jakaś ostrzegawcza nuta.
-Bierzesz odwet za moje koleżanki? Znowu się zaczęło?-Alex opiera ramię o futrynę i uśmiecha złośliwie- ale żeby w domu? No, no. Braciszku. Nie poznaję Cię.
Teraz spogląda na mnie tak, jakbym był ciekawym eksponatem w podrzędnym muzeum.
Chciałbym zapytać, o co im chodzi, ale słowa więzną mi w gardle. Czuję nieprzyjemną suchość na podniebieniu. Jestem intruzem.
-To mój kumpel- syczy Rudy przez zaciśnięte zęby.- Coś Ci się kurwa nie podoba?
-Theodorze, nie bądź taki wulgarny.-starszy z braci udaje troskę w głosie- Poza tym.. Ty nie masz normalnych kumpli- dodaje złośliwie, przechylając głowę tak, że teraz patrzy wprost na mnie. chłodno. Oceniająco.-No, gadaj skąd wytrzasnąłeś swoją nową zabaweczkę. Widzę, że po tak długiej przerwie, zmienił Ci się gust.
Że co? Kalejdoskop słów przewija mi się przez umysł. "Odwet". "Znowu". "Mój kumpel". "Normalnych". "Zabaweczkę". "ZABAWECZKA"?
Chyba robi mi się słabo. Oddychać. Chcę oddychać. Duszę się. Muszę stąd wyjść. Wypuśćcie mnie!
Rzucam się do wyjścia. Mijam w progu Alexa, pokonuje przedpokój i wybiegam na podwórko. Miejsca, których dotykał Rudy palą. To jakiś koszmar.
-Pierdol się, Aleks!- łup drzwiami, potem te słowa i Rudy już jest przy mnie.
W pierwszej chwili rozkłada ramiona, jakby chciał mnie objąć, lecz zaraz się reflektuje, widząc gapiącą się przez okno sąsiadkę. To dobrze, nie chcę by mnie dotykał.
-Co to miało kurwa być?- wyrzucam z siebie- Co za zabaweczka?
W oczach Rudego widać udrękę. Przymyka je i zaraz z powrotem otwiera.
-To nie tak..-szepcze bezradnie- Matt.. Zaufaj mi.
-Zaufać?! Tobie?!- Niemal krzyczę- Ty sobie chyba kpisz. Po tym co usłyszałem?!
-Matt, błagam. Opowiem Ci o wszystkim, ale nie teraz.-Głos z każdym słowem łamie mu się i cichnie coraz bardziej.- Matt.. Mam Cię błagać na kolanach, żebyś mi uwierzył. Zrobię to jeśli chcesz..Zrobię wszystko.
To co mówi chwyta mnie za serce. Za jakąś jego bardzo czułą część. Jeśli nie mówi szczerze, to ja jestem Apaczem z dalekiego wschodu. Lustruję wzrokiem jego twarz przeżywającego mentalne katusze człowieka.
-Dobrze już- Warczę nie wiem czy bardziej dlatego, że mu wierzę, czy bardziej dlatego, że nie chcę tu takich durnych scen- Ale chcę wiedzieć, co Twój jebnięty brat miał na myśli. Co znaczy, że nie masz normalnych znajomych?
Milczy.
-To chyba możesz mi powiedzieć?!- Staram się, by mój głos złagodniał, lecz średnio mi się to udaje.
-Nie.
-Jak to nie? Chcę wiedzieć. Nie dociera to do Ciebie? Teraz i mnie to dotyczy! Wiesz, że ja.. Dzisiaj, robiąc to, co zrobiłem, podjąłem pewną decyzję. Zaufałem Ci-czuję jak gula rośnie w moim gardle.- Nie zawódź mnie już na samym początku. Chcę, byś też mi ufał.
Odwraca głowę. Porusza żuchwą i spluwa gdzieś na bok. Widzę, że walczy ze sobą, próbując podjąć słuszną decyzję. No.. Rudy. Tylko jedna jest słuszna.
-Dobrze.-patrzy na mnie poważnie i z przestrachem- Pokażę Ci. Później. Za kilka godzin. Znienawidzisz mnie, ale będziesz wiedział, że tego przed Tobą nie ukryłem.
Czego nie ukryłeś? Pytam w duchu, lecz wiem, że te kilka godzin warto poczekać. Pożyjemy, zobaczymy.
-Możesz zostać u mnie na noc? Późno skończymy to pokazywanie- to co mówi, sprawia mu autentyczny ból.
-Tak..-szepczę.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz