wtorek, 25 czerwca 2013

III

Już od ponad tygodnia wychodząc bramą, która prowadzi do świata poza szkołą, patrzę bezradnie na Emi znikającą za rogiem z tym rudzielcem. 
Jeśli mam być szczery, nigdy nie przywiązywałem szczególnej wagi do tej drobnej, jasnowłosej istoty o rażąco piskliwym głosie. Wiem, że uważa -syk, ugryzłem się w język- uważała mnie za przyjaciela. Czy ja sam kiedykolwiek tak o niej pomyślałem? Raczej nie. Zmarszczyłem brwi obserwując jak to prawa i lewa noga, na przemian wychodzą przed siebie. Zawsze miałem ją za coś upierdliwego, ruchliwego, absorbującego mój czas i przestrzeń. Mimo to, lubiłem ją. W jakiś bliżej nieokreślony sposób. 
Głośne westchnienie, które i tak szybko zaginęło w warkocie starego trabanta, który właśnie minął mnie, zostawiając za sobą smugę czarnego dymu. 
W każdym bądź razie, teraz zostałem sam. Uświadomiłem sobie, że Emi tak właściwie była jedyną osobą w całej klasie, przy której potrafiłem trochę się rozluźnić. Nie lubiłem, gdy jakiś prymityw stanął nade mną i zaczynał ględzić o tym, w jaką to cipkę nie wsadził, i jakiego to melanżu nie zrobił u siebie w domu, gdy nie było rodziców. Irytuje mnie to do tego stopnia, że gdybym nie był.. skromnej budowy, to z pewnością zasadziłbym takiemu delikwentowi solidnego kopa, w te zadufane we własnym ego cztery litery. 

Pociągnąłem za sobą skrzydło furtki, na co zareagowała przeciągłym skrzypnięciem. Zgodnie z wyuczanym od małego odruchem, potarłem podeszwami o wycieraczkę i dopiero po tym zabiegu przekroczyłem próg domu. 
Nim jeszcze zdążyłem zdjąć buty, do moich uszu dotarł niski głos mamy, fałszujący jakąś komercyjną piosenkę, która właśnie leciała w radiu. Niespełniona wokalistka-przeszło mi przez myśl. 
-Już jesteś synku? -wychyliła się zza framugi i krzywiąc usta w przedziwnym uśmiechu, pomachała mi drewnianą łyżką, brudną od pomarańczowego sosu. 
-A nie widać?- Burknąłem, bardziej do siebie, niż do niej. Cóż mam poradzić na to, że drażnią mnie tak głupie pytania. Oczywista oczywistość. Jeżeli mnie widzi, to chyba znaczy, że jestem, prawda? 
-Nie musisz być taki niemiły- udała obruszenie, jednak jej dobry humor szybko je zniwelował- Myj ręce i siadaj do stołu. 
-Mamo, nie jestem jeszcze głodny. Chcę odpocząć po szkole. 
-Powiedziałam- uśmiech zniknął z jej twarzy, brew drgnęła w zniecierpliwieniu. Odwróciła się na pięcie, po czym zniknęła w głębi kuchni.

W zamyśleniu grzebałem widelcem w makaronie, tworząc z niego rozmaite kształty, dzieląc porcję na połowę, na ćwierci, a potem znów usypując ją w staranny kopczyk. 
-Martwisz się czymś?- głos mamy zabrzmiał wręcz boleśnie pośród ciszy, którą tylko od czasu do czasu urozmaicało ciche brzęczenie skrzydeł muchy. 
Na moment zamarłem w bezruchu, nie spoglądając jednak na kobietę. Nawinąłem trochę makaronu na widelec i od niechcenia włożyłem go do ust. Przełknąłem. 
-Matt, odpowiedz proszę..-jej głos stał się bardziej cichy, łagodny, jakby nieśmiały. 
Nie często rozmawiałem z matką o czymkolwiek, a o moim życiu osobistym nawet nie wspominając. Dlatego też w powietrzu ciężko zawisło obustronne skrępowanie. 
Jeszcze trochę ponad tydzień temu nawet bym się nie zastanawiał, czy jej odpowiedzieć. Ale teraz, kiedy mój świat stał się tak zupełnie pusty i bezdźwięczny, potrzebowałam rozmowy. Z kimkolwiek. Nawet z moją matką. 
-Popsuło się między mną i Emi- oznajmiłem pozornie bez emocji, między jednym, a drugim kęsem. 
-To Twoja dziewczyna? - Poczułem jak kawałek mięsa staje mi w gardle. Zakrztusiłem się. Zakaszlałem. Poczułem jak moje oczy wypełniają się łzami i nabierają czerwonego koloru. 
Moja rodzicielka niewątpliwie zainteresowała się tematem. Szybko musiałem naprostować tok jej rozumowania. 
-Aj, mamooo.. Przy..Przyjaciółka- przełknąłem to słowo. Nie wierzę- i chyba za nią tęsknię. 
-Podoba Ci się?-mama uśmiechnęła się w taki sposób, jakby po głowie mknęły jej sceny z młodych lat. 
-Nie mamo- odpowiedziałem szybko i zdecydowanie, a w myślach zaraz dodałem, że nigdy żadna mnie nie pociągała i trochę mnie to zdziwiło. Westchnienie. Dłoń mamy na moim ramieniu. Dziwne uczucie. 
-Jestem zmęczony.. 

Wciągnąłem powietrze przez nos, o wiele intensywniej, niż gdy robię to w celu zwykłego oddychania. Poczułem gryzący zapach mieszaniny potu, gnijących resztek owoców spoczywających w koszu pod biurkiem, fretki i skarpet rozrzuconych po całej podłodze. 
Nie przeszkadza mi mój bałagan. Czuję się dobrze w świecie, który sam kreuję, w którym jestem panem. Rozbawiła mnie ta myśl. Grymas uśmiechu przebiegł po zaciśniętych ustach. 
-Tak, jestem panem, tego burdelu. 
Podszedłem do dawno niesprzątanej, acz obszernej klatki i uchyliłem jej drzwiczki. 
Długie ciałko, które do tej pory było zawinięte na miniaturowym hamaku, teraz się poruszyło, rozciągnęło i wystawiło mały pyszczek na zewnątrz. 
-Chcesz pobiegać?-zapytałem pieszczotliwie, głaszcząc puszyste futerko Dolly. 
Odsunąłem się, by utorować jej miejsce do wyjścia, z czego skwapliwie skorzystała. 
Uchyliłem okno by wpuścić do pokoju odrobinę sprawiedliwości w postaci ciepłego, wczesnojesiennego powietrza. 
Spojrzałem na szarości, jakie powoli zwiastowały zbliżający się wieczór. Na liście skromnie błyszczące plamkami żółci i tak bezlitośnie przypominające mi, że już za parę miesięcy czeka mnie egzamin dojrzałości, częściej zwany maturą. 
Położyłem się na barłogu, który kiedyś zapewne nazwałbym łóżkiem. 
Ledwie zdążyłem przymknąć powieki, a moich uszu dobiegł dzwonek komórki, nieco stłumiony materiałem spodni. Moja komórka! 

"I don't want another lover 
So don't keep holding out your hands" 

Jak tygrys, albo jeszcze inny, równie majestatyczny drapieżnik rzuciłem się do kieszeni, by wydobyć urządzenie. 

"There's no room beside me 
I'm not looking for romance" 

Na wyświetlaczu widniało imię Emi. Moje źrenice rozszerzyły się, a mięśnie mimiczne twarzy ułożyły się tak, jak układają się każdemu zdziwionemu człowiekowi. Odebrać.. Nie wiem. Powinienem? 
W jednej chwili ogarnęło mnie coś na kształt gniewu. Pretensji. Miałem ochotę się obrazić i rzucić telefonem. A niech się stara, niech się dobija, a gdy poczuję, że sobie zasłużyła, skontaktuję się z nią w swej wielkiej łasce. 
Przygryzłem wargę. To głupie. Nie mam już pięciu lat. A co jeśli więcej nie zadzwoni? 

"Say I'll be here, I'll be here 
But there's no way you'd understand" 

Szybko nacisnąłem zieloną słuchawkę. 
-Halo?-cholera, głos mi zadrżał. 
-Matt? Jesteś zajęty?- piskliwie, może nieco zbyt głośno odezwała się dziewczyna. 
-Nie. Właściwie to nie. 
-Przyjdziesz do mnie teraz? 
-Teraz?- Nie ukrywam, że ogarnęło mnie wielkie zaskoczenie. Może i jakiś dziwny, bliżej nieprzypisany niczemu niepokój. 
-Tak, teraz. Jest piątek, moich rodziców nie ma w domu, a w lodówce mam to co lubisz. 
-Lody czekoladowe-Bardziej stwierdziłem niż spytałem. Każdy, kto miał ze mną do czynienia, wiedział, że moje podniebienie staje się rajem pod wpływem tych tuczących, słodkich substancji- Będę za pół godziny! 
Rozłączyłem się bez pożegnania, po czym gwałtownie przyjąłem postać siedzącą. Nie wiedziałem do końca co o tym myśleć, ale chciałem wyjść, chciałem pobyć z kimś, jakoś się rozerwać. 
Wyjaśnię z Emi całą sprawę. Tak. Postanowiłem, że powiem jej co mnie boli. 

Stałem już przed ciężkimi, drewnianymi drzwiami, w których widniał kolorowy witraż przedstawiający delikatne lilie, wijące się wraz z liśćmi pomiędzy mosiężnym stelażem. 
Uniosłem dłoń i nacisnąłem dzwonek. 
Ding Dong. Ding Dong. 
Jeszcze chwilę wpatrywałem się w kwiaty, których widok zaraz zastąpiła mi delikatna twarzyczka, o wielkich oczach i intensywnych rumieńcach. 
Uśmiech. Nie jakiś szeroki, ani entuzjastyczny. Taki po prostu. Taki mój. Taki nieudawany. 
Szczupła sylwetka przylgnęła do mnie w charakterze powitalnego uścisku. Odwzajemniłem gest delikatnie jak zwykle. 
Wszedłem do środka. Ściągnąłem czarną bluzę, którą miałem na sobie i już chciałem umieścić ją na wieszaku, gdy mój wzrok wyłapał coś niepożądanego. Coś co mnie poirytowało, rozdrażniło. 
Gdzieś już widziałem tą skórę. Heh. Widzę ją codziennie. W szkole. Na grzbiecie rudego śmierdziela. Moje brwi ściągnęły się ku sobie, prawie bez mojej wiedzy, tworząc głęboką bruzdę na czole. 
-Rudy jest u Ciebie?- chłodne pytanie. Jak mogłem, trzymałem emocje na wodzy. 
-Tak, chyba się zaprzyjaźniliśmy- wzruszyła ramionami, jak gdyby nigdy nic, po czym uśmiechnęła się niepewnie- Mówiłam, nie bądź taki dzikus. 
Chwyciła mnie za rękę. Był to pewny, mocny uścisk, którego nikt by się nie spodziewał po tak małej dłoni. 
Przemierzyliśmy kwadratowy przedpokój, potem salon i weszliśmy do pokoju mojej towarzyszki. 
Na podłodze siedział Theo z łyżką w ustach. Podążyłem wzrokiem nieco niżej i dostrzegłem moje lody. Moje. Poczułem, jak włosy na karku poruszyły się ku górze, a dłonie same, zacisnęły się w pięści. 
-Cześć!- Uśmiechnął się szeroko mrużąc oczy. Co ciekawe, w jego ustach nadal tkwiła łyżeczka, co w połączeniu jeszcze z uniesioną dłonią wydało się nieco komiczne. Nie. Nie komiczne. Żałosne. Co za dzieciak. 
-Hej- Odparłem niechętnie, siadając na fotelu w rogu pomieszczenia, aby znajdować się jak najdalej chłopca. 
Emi usadowiła się tuż obok niego. Poczułem jakieś dziwne ukłucie pod żebrami. Więc tak smakuje zazdrość, o to, co uważamy za swoje. 
Cisza. Krępująca, nieprzyjemna. 
Nagle, Rudzielec wstał ze swojego wygrzanego miejsca, wziął lody i podał mi je bez słowa, za to wciąż się uśmiechając. 
Wziąłem je, patrząc na niego spode łba. 
-Dzięki-mruknąłem, ale nie miałem już ochoty ich jeść. 
Wyciągnąłem rękę, mocno się wyprężyłem i udało mi się odstawić niewielkie pudełko bez potrzeby ruszania się z miejsca. 
Podciągnąłem kolana i schowałem dłonie pod pachy. 
Theo usiadł na oparciu mojego fotela. Niepożądanie blisko. Niemal mnie dotykał. 
Czułem jak kurczę się w sobie. Jak rozdrażnienie wypala mi nerwy, a spokój ducha staje się bardzo odległym wspomnieniem. 
Jakaś wymiana zdań między dziewczyną, a Rudym. Coś bez sensu. O niczym. Nie słuchałem. 
Zdawało się, że bawią się całkiem nieźle. Żarty, przekomarzania. Zupełnie jakby mnie nie było. 
Theo nie ruszył się z miejsca koło mnie, które wcześniej zajął. Zamaszyście gestykulował, modulował głos, ale nie ruszył się w stronę Emi nawet na krok. Chciał mi zrobić na złość? A to wredna bestia. Nic z tego. Naburmuszyłem się w myślach. Nie dam mu tej satysfakcji. Będę spokojny, choćby nie wiem co! 
W pewnej chwili poczułem jak chłodna dłoń ląduje na moje głowie i zaczyna czochrać i tak rozwichrzone już włosy. 
Nie było w tym ruchu nic z przemocy, ani też z czułości. 
Długie palce szybko śmigały po skórze mojej głowy, drapiąc ją i masując. 
Gdyby owa dłoń, nie należała do mojego wroga, a ten gest nie wydał się nieco pedalski, bez wątpienia zatopiłbym się w tym przyjemnym uczuciu i chciał, by pieszczota trwała dłużej.. Jednakże tożsamość właściciela skutecznie brzydziła mi wszystko co mogło w tej chwili wydać mi się miłe. 
Odwróciłem się gwałtownie i w odruchu przeczesałem włosy. 
-Pogięło Cię?-rzuciłem, nie wiedząc jeszcze jakich argumentów użyć. 
Rudy zlekceważył moje wzburzenie, zabrał dłoń, po czym wsunął ją w kieszeń. Spojrzał mi w oczy, odważnie, bez skrępowania. Bez lęku. Chyba pierwszy raz widziałem u niego tak poważny wyraz twarzy i aż zamarłem. Wszystkie słowa zlepiły się w niewyraźną masę i utknęły na końcu języka. 
-Nie lubisz mnie- stwierdził- Dlaczego? 
Chyba nigdy nie spotkałem nikogo tak bezpośredniego. Myśli galopowały po obwodach mózgu w poszukiwaniu odpowiedzi. Dlaczego? Bo odebrał mi Emi? Właściwie, to ja sam od niej odszedłem, gdy chciała podzielić się naszą przestrzenią z nowym przybyszem. 
-Ja.. Ja..-jedyne co byłem w stanie wydukać. Byłem zmęczony. Bardzo. Ramiona stały się ciężkie. Żuchwa już bolała od zaciskania zębów, oczy piekły- Nie wiem. Odparłem szczerze i nagle zrobiło mi się bardzo głupio. Wzdrygnąłem się. Spuściłem wzrok. 
Emi spojrzała na mnie z niedowierzaniem. Sądzę, że była prawie tak samo skrępowana tą sytuacją jak ja. Rudzielec niewzruszenie mi się przyglądał. 
W połyskujących zielenią oczach nie można było dostrzec ani pogardy, ani złości, ani też nic innego. 
Sekundy ciszy ciągnęły się w nieskończoność. Ruch. Odgłos wypuszczanego powietrza, a potem dłoń, która znowu krótko poczochrała moje włosy. 
Mimowolnie obróciłem twarz w kierunku Rudego. Musiałem wyglądać okropnie. Czułem, jak drży mi dolna warga, a w ustach robi się sucho. 
-No, spokojnie już mały. Może.. Spróbuj mnie poznać, co?- chłopak znów przybrał ten swój standardowy, sympatyczny uśmiech i wyciągnął ku mnie rękę- Zgoda? 
Wahanie. Uścisnąłem skierowaną do mnie dłoń. 
-Zgoda- wymusiłem uśmiech- Ale nie mów do mnie "mały". 
Emi zaczęła klaskać, co brzmiało jak średniej wielkości ryba spazmatycznie trzepocząca się po kuchennej posadzce. Widziałem, że się cieszy. 
Theo przeciągnął się leniwie, a następnie usiadł na dywanie, obejmując dziewczynę ramieniem. 
Cóż.. Może nie jest taki zły. 
Zlustrowałem go wzrokiem, tym razem patrząc inaczej niż do tej pory.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz