Świat dookoła zdaje się pulsować i próbuje mnie zdmuchnąć z każdą nadchodzącą falą. Zdmuchnąć? A może wciągnąć? Tak, to też dobre porównanie.
Powieki twardo trzymam zaciśnięte, a umysł wprowadzam w stan iluzyjnego otępienia. Mam wrażenie, że wcale siebie nie znam. Że od tych kilku dni, nie jestem już swoim "starym ja".
Nie wiem co myśleć. Nie powinienem.
Czuję się jak bęben gigantycznej pralki, do której wrzucono mieszaninę brudnych, nieznanych mi uczuć, wyrzuty sumienia, niepewność co do wszystkiego i maleńką nutkę szczęścia, która na tle reszty widnieje niczym obca skarpetka bez pary. Podczas gdy machina rusza i cała jej zawartość zaczyna się kotłować, skarpetka miga w okienku niezmiernie rzadko, sprawiając wrażenie bardzo ulotnej, zanikającej.. czy w ogóle ma prawo bytu w tych okolicznościach, w tym miejscu?
Moje rozumienie świata i kierujących nim mechanizmów cofnęło się do takiego poziomu, jaki miało, gdy nie przekraczałem jeszcze banalnego wieku sześciu lat.
Zduszony jęk.
Tłamszę w palcach materiał poszewki powlekającej poduszkę. Zarzucam ją na głowę i nastaje ciemność.
Oh, żeby mieć taki pilot, do sterowania czasem.
Theo to dobry chłopak. Bynajmniej w mojej skromnej opinii, człowieka, któremu rzadko zdarza się trafnie ocenić cokolwiek.
A kim ja jestem? Miernotą. Dzieciakiem. Niedojrzałym emocjonalnie gównem, które rości sobie prawo do interpretowania, określania i klasyfikowania zachowań Rudego, w jakieś podpedalskie nawiasy.
Nie mogę powiedzieć, że czuję się dobrze, od chwili, gdy Emi z tą dziką pasją i błyskiem w oku opowiedziała mi o zdarzeniach, jakie miały miejsce, kiedy byłem uwalony do nieprzytomności.
Czuję się jak takie nic. Gorzej. Jak ciota. Jak krowie łajno do połowy zeżarte przez muchy i ich tłuste larwy.
Jak mogłem zachowywać się w sposób tak karygodny i niepasujący do zachowania normalnego, heteroseksualnego przedstawiciela męskiej płci?
Przecież jestem właśnie takim normalnym, heteroseksualnym przedstawicielem!
To nieistotne. To wszystko jest nieistotne, więc nie warto zaprzątać tym sobie myśli. Wystarczy zachowywać się naturalnie- jeść spać i chodzić do szkoły- a wszystko będzie normalne. Tak sądzę.
W przypływie determinacji wstaję z łóżka i kieruję swe kroki do kuchni, nie czekając aż chwiejnie postawiona ambicja ulegnie zawaleniu.
Tak jest Matt, właśnie tak. Bądź mężczyzną, upoluj coś dobrego i napełnij tym w końcu żołądek, który niechybnie przyrośnie Ci do krzyża, jeśli tego nie zrobisz. Nie to żebym czuł głód. Co to, to nie. Ja nigdy nie czuję głodu. Wręcz robi mi się niedobrze snując wizje obrazujące wkładanie czegokolwiek do ust. Jednak wycieńczony ostatnimi czasy organizm, głośnym burczeniem dopomina się posiłku.
Na dole matki ani widu, ani słychu. Zapewne nie ma jej w domu, bo gdyby była, jej obecność jasno, a raczej głośno sygnalizowałby ryk telewizora dobywający się z pokoju dziennego. Nie mam pojęcia gdzie, po co i na jak długo wyszła, ale też skłamałbym mówiąc, że jakoś mnie to obchodzi. Ba! Na rękę mi jej absencja. Czuję ulgę na myśl, że jestem sam w całym budynku. Dziwne napięcie powodowane niechęcią jaką pałam w stosunku do spotkań z domownikami powoli ustępuje z karku, przez kręgosłup, aż w końcu znika na koniuszkach palców stóp.
Dobra. Coś by tu trzeba było.. Jest. Mój wzrok wyłapuje wiklinowy koszyk z owocami samotnie stojący na granitowym blacie kuchennej wysepki. Soczyste jabłka pysznią się na tle blado-zielonych gruszek. Biorę jedno z nich do ręki, lecz gdy tylko czuję rześki aromat i gładkość skórki przy ustach, dopada mnie swego rodzaju wstręt do tego marnego dania.
Nie jestem dzieckiem, do jasnej cholery! Ciskam jabłkiem do koszyka, jakby zrobiło mi niewybaczalną krzywdę. Przecież potrafię zrobić sobie kanapkę, albo inny, wymagający inwencji twórczej posiłek z poziomu średnio zaawansowanego.
Przenoszę ciężar ciała z prawej nogi na lewą i to wystarczy bym znalazł się naprzeciw wrót lodówki.
No i co? Staję jak wryty. Jak jakiś niepełnosprawny debil wpatrując się w monstrualnych rozmiarów kartkę, przytwierdzoną magnesem do nowoczesnego sprzętu AGD.
"Mattheo, musiałam wyjść do miasta załatwić kilka spraw i odwiedzić ciotkę Marie. Nie wiem, o której wrócę. W garnku, w lodówce, za kapustą jest zupa pieczarkowa. Odgrzej sobie, proszę.
Buziaki. Mama."
Idiota. Jak siebie kocham, ślepy idiota. Wzdycham, po czym beznamiętnie wydobywam jedzenie z lodówki i stawiam je na elektrycznej kuchence, którą notabene obsługuję po raz pierwszy.
Powinienem mieszać- mama i pani Jannifer, nasza pomoc domowa, tak właśnie postępują stojąc przy garach.
Otwieram dwie szuflady, nim w trzeciej znajduję dużą łyżkę do zupy. O tak, teraz będę szefem kuchni.
Zaczynam manewrować metalowym przedmiotem, robiąc na powierzchni leistej strawy leniwie krążący wir.
"Time you spend on me
I spend mine on being free" - nucę pod nosem całym sobą skupiając się na.. Puste spojrzenie wbijam w płynące z nurtem pieczarki.
Nie, kurwa! Protestuję, tak nie będzie. Potrząsam głową niczym otrzepujący się z wody pies, z tą jedną różnicą, że w moim przypadki nie podąża za tym ruchem cały kadłub ciała.
Ding Dong- dzwonek do drzwi. Cisza. Zamieram w bezruchu, jakby miało mi to w bliżej nieokreślony sposób ułatwić nasłuchiwanie dźwięku, który i tak zapewne skutecznie zagłuszyłby przejeżdżający pociąg towarowy. No nic. Wzruszam ramionami wracając do mieszania zupy. Jestem tu tylko ja, co równie dobrze mogłoby znaczyć, iż nie ma nikogo.
Ding Dong, Ding Dong, Ding Dong.
Cóż za uparty konował się tak dobija?! Z rozdrażnieniem i pełną gwałtownością demonstrującą nie wiem co i nie wiem przed kim, porzucam swoje dotychczasowe zajęcie tylko po to, by otworzyć, warknąć, że rodziców nie ma, a potem zamknąć z łoskotem.
Pociągam za klamkę.
-Nie ma.. - Wcześniej zmarszczone w złości brwi teraz unoszą się w afekcie tępego zaskoczenia, a szczęka opada na sam dół, gdziekolwiek on jest. Wyglądam głupio. O tak.. Gorzej niż głupio. Nie mogę wycedzić ani słowa. Nie mogę się cofnąć. Nie mogę pójść na przód. Stoję jak ten martwy drąg, głęboko wbity w ziemię i czuję jak grunt usuwa mi się pod stopami.
-Cześć. Wszystko w porządku?- Rudy spogląda na mnie jakby z troską, przyoblekając usta w nieśmiały uśmiech- mogę wejść?
Że co? On tu? Jak? Po co?
Nerwowo przełykam ślinę, próbując coś z siebie wydusić.
-Mogę?- spogląda na mnie wymownie. Ton jego głosu jest melodyjny, łagodny. Zupełnie jakby przemawiał do małego dziecka, które właśnie przeżyło jakąś niebanalną, osobistą tragedię i jest w stanie paraliżującego szoku.
Wbrew sobie potulnie usuwam się na bok robiąc mu miejsce z czego skwapliwie korzysta. Zwinnie prześlizguje się między drzwiami i framugą nie odrywając ode mnie wzroku.
-Na pewno wszystko dobrze? Matt, co się dzieje? Nie było Cię w szkole i..- tu kąciki jego ust drgnęły, a spojrzenie uciekło, jakby speszone- Martwiłem się.
Pff. Dobre sobie. Rozumiem Emi, ale Ty?
-Nic.- szepczę cicho.
Robi mi się lżej, gdy zauważam, że Theo już na mnie nie patrzy. Unosi podbródek i bardziej widzę niż słyszę jak wciąga nosem powietrze.
-Co tu tak wali? - pyta zupełnie innym tonem, a zdegustowanie zdaje się bić od jego zmarszczonej niesmakiem twarzy niczym światło z morskiej latarni.
- O cholera! - rzucam się w stronę kuchni odzyskując władzę nad własnym ciałem. Rudy wbiega do pomieszczenia zaraz za mną.
Duszący dym, o istotnie nieprzyjemnym zapachu zalega pod sufitem. To moja zupa!
Co robić? Co robić? W panice rozglądam się szukając nie wiem czego. Gaśnicy? Wiadra z wodą? W końcu nie wytrzymuję napięcia i chwytam garnek za metalową rączkę. Asz.. Parzy! Naczynie razem z zawartością ląduje na kafelkach rozbryzgując się na wszystkim co tylko w zasięgu rażenia: ścianach, szafkach, zmywarce i moich spodniach.
-Głupi!- Theo wpada na mnie z impetem. Zaciska dłoń na moim nadgarstku i ciągnie w stronę zlewu. Nie protestuję, wlekąc się za nim jak szmaciana lalka. Boli.
Odkręca kran, a następnie wkłada moją rękę pod zimny strumień, samemu się przy tym nieźle mocząc.
-Trzymaj tak - instruuje tonem nie znającym sprzeciwu- nie waż się stąd ruszyć.
Robię jak każe, czując niesamowitą ulgę w miejscu oparzenia.
Kątem oka dostrzegam, że bierze ścierkę, zamacza ją pod wodą która już spłynęła z mojej kończyny i rozkładając zarzuca na dymiący się na podłodze garnek.
Już po chwili doskakuje do okna z pleksiglasu otwierając je na oścież. Wie co robi. Jest tak zdecydowany.. ja bym nie potrafił - myślę z goryczą o własnych zdolnościach zachowania spokoju w takich właśnie sytuacjach.
Dym powoli ulatnia się, pozostawiając za sobą drażniącą woń.
-Pokaż- Rudy blokuje przepływ przeźroczystej cieczy, po czym bezceremonialnie porywa moją dłoń- nic Ci nie jest?
Wydaje mi się, czy słyszę w jego głosie złość?
-Czemu Ty jesteś taki..-oho, pan wiecznie stabilny emocjonalnie chyba ulega porywom- taki..
Zaciska usta w cienką linię i kręci głową zapewne w geście bezradności.
-Dziękuję- mamroczę - Dupa ze mnie, a nie facet.
Spoglądam na niego z niemałym zażenowaniem. Rysy twarzy mojego gościa wygładzają się, wracając do swej standardowej, sympatycznej formy.
-No dupa to na pewno- niespodziewanie uśmiecha się łobuzersko- i to całkiem niezła.
Zaschło mi w gardle. To był żart? Co mam mu odpowiedzieć? Czuję, jak moje policzki przybierają barwę dojrzałych malin. Nie jestem babą by tak o mnie mówił! Zaraz, ja to sam wcześniej..
-Nie to miałem na myśli!- bronię się bezradnie z jak sądzę dość komiczną miną- Wiesz, że nie to! Nie mów tak.
-Przypominam, że przypaliłeś garnek. Jak można nie umieć zagrzać zupy?
-Dobrze mi szło, póki nie przyszedłeś. To Twoja wina. Gdybym nie poszedł Ci otworzyć, nic by się nie stało.- wyrzucam mu w przypływie odwagi, próbując odepchnąć to powracające uczucie zciotowacenia.
Dlaczego w jego obecności zaczynam czuć się jak jakiś gej?
No już Mały- wypuszcza mnie z uścisku- gdzie masz apteczkę? Trzeba to opatrzyć.
-Siadaj- ruchem podbródka wskazuje na zamkniętą muszlę klozetową.
Bez ociągania wykonuję rozkaz. Wydymam wargi. Jestem tak żałośnie uległy. Nic nie mówię. Nie chcę mówić. Sytuacja w jakiej się znalazłem chyba nie może już być bardziej upokarzająca.
-Masz Altacet?- Z zadumy wyrywa mnie chłodny głos Rudego, przegrzebującego zawartość apteczki nad umywalką.
-Nie wiem..-Burczę nawet na niego nie patrząc.
-Oj Mały.
Nie mów do mnie mały! Protestuję w myślach, jednak nie ośmielam się wyrażać swej dezaprobaty na głos. Zaciskam zęby. Istotnie czuję się maleńki, wobec tego człowieka.
Nie mija dłuższa chwila, gdy Rudy kuca przede mną z tubką maści i rulonem bandaża.
-Daj. Zaufaj mi- Spojrzenie zielonych tęczówek zamiera na mojej twarzy i czuję jak gdyby docierało gdzieś głęboko. Gdzieś do samej istoty. Do tego co we mnie tkwi. Do porywów, niepewności, granic wstydu i onieśmielenia- Proszę, Matt.
Niepewnie prostuję chude ramię, dając Theo dostęp do rany.
Jego palce są zimne, a skóra na nich twarda, lecz przyjemna w dotyku. Grymas bólu wykrzywia mi usta w reakcji na delikatne otarcie opuszką. Syk. Wznoszę oczy ku górze, próbując skupić się na niezbyt skomplikowanej kaligrafii sufitu.
-Zaufaj. Proszę.- Znów powtarza tę czarującą mantrę, w której pobrzmiewa bardziej błaganie, aniżeli zwykła prośba. Jakieś niezrozumiałe dla mnie pragnienie.
Rudy powoli pochyla się nad moją dłonią. Zbliża do niej usta i dmucha.
Haust powietrza rozpycha mi płuca. Wstrzymuję oddech.
-Nie bój się mnie- uspokaja nie zmieniając pozycji. Czuję, że ręka, którą podtrzymuje moją dłoń drży.
Pochylam głowę i widząc napięcie w jakim tkwi ten chłopak, nie wiem co myśleć. Nie wiem czego się spodziewać. Co robić. Czy to jest normalne?
Ulotny pocałunek muska sam środek oparzenia, dokładnie na linii życia.
Czas zamiera, lub przeciwnie- pędzi tak szybko, że nawet go nie dostrzegamy. Trwamy na wzór kamieni, nie wydając z siebie żadnego dźwięku.
-Dlaczego mi to robisz?- pytam w końcu szeptem tak cichym, że ledwo sam go słyszę.
Rudy wzdryga się, jakby zlękniony. Milczy. Proszę. Powiedz coś.
-Chcę się Tobą opiekować.-Odkręca maść, a następnie ostrożnie rozsmarowuje ją tam, gdzie chwile wcześniej dotykał skóry wargami.
Powietrze między nami stało się tak gęste, że można by było powiesić na nim nielekki topór. Theo kontynuował swe dzieło starannie, powoli, mozolnie, dopóty, dopóki biały materiał bandaża dokładnie nie otulił mojego śródręcza.
Eh, nie mogę tego znieść! To chore!
-Zostaw mnie- cedzę przez zęby. Wstaję. On się nie rusza. Wychodzę z łazienki. Schody, wąski korytarz i mój pokój. Zamykam za sobą drzwi.
"Proszę. Zaufaj mi."
Ale jak mam zaufać komuś, kto zachowuje się tak niedorzecznie? To abstrakcja. To nie dążenie do przyjaźni. To.. to.. Tak nie powinno być.
Wilgoć wzbiera pod powiekami. Nie potrafię jej utrzymać. To wszystko nie na moje nerwy.
Wtulam twarz w poduszkę.
Nagle klamka zapada, wydając z siebie charakterystyczny szęk. Po cichu i z wahaniem wchodzi "oprawca" mojego i tak już rozchwianego "ja". Sunie pod ścianą niczym cień. Boi się, że go uderzę?
-Idź sobie- dukam wciąż kryjąc twarz w poduszce. Nie chcę, żeby widział, że się rozklejam. Miało nie być bardziej upokarzająco.
-Brzydzisz się mnie?- ton zadanego pytania jest tak smutny, tak chłodny i przejmujący, że aż zamieram. Wielka gula przechodzi mi przez gardło wywołując niepożądany szloch.
No pięknie. Rozrycz się tu jak baba, to na pewno będzie lepiej.
Oprawca podchodzi bliżej. Nie widzę go, ale słyszę jego kroki. Brzeg łóżka zapada się pod dodatkowym ciężarem. Usiadł przy mnie.
-Brzydzisz się mnie?- ponawia próbę uzyskania ode mnie odpowiedzi- Jeżeli tak, powiedz. Zniknę z Twojego życia raz na amen, tylko na Boga powiedz.
Przy słowie "zniknę" ogarnia mnie kolejna fala rozpaczy, moim ciałem wstrząsa płacz. Cały jestem dezorientacją. Nie, nie brzydzę się go i w tym tak na prawdę tkwi problem! Gdybym czuł do niego odrazę wszystko byłoby jasne.
Zaciskam palce. Chcę zniknąć.
-Matt, ja..-chłodna dłoń zaczyna gładzić mój kark, lekko wchodząc pod włosy. W te i z powrotem. Niespiesznie- ja wiem, że źle robię. Nie pojmuję, co sobie myślałem.
Szloch jakby ustępuje, łagodzony rytmicznym ruchem dłoni Rudego. Uspokajam się, choć wciąż czuję ból.
Żal. Wielki, głęboki żal do siebie i do niego. Jesteśmy chorzy. Oboje. Tak, ja też.
-Theo, dlaczego pierwszą osobą która mi się.. którą ja.. Która mnie zainteresowała nie jest ładna, cycata blondynka, tylko jakiś rudy fagas, który bez pytania wrył się z buciorami w moje życie?- rzucam mu spojrzenie załzawionych oczu.
-Oh, czyli jednak..?-ulga wstąpiła w mojego towarzysza tak widocznie, że nawet gdyby chciał, nie zdołałby jej ukryć.
-Co jednak? Co jednak?! Chcesz zrobić ze mnie takiego samego pedała jakim sam jesteś.
-Mały- Theo pochyla się nade mną, równocześnie ujmując mój podbródek między kciuk i palec wskazujący tak, że nie mogę się od niego odwrócić. Pod głową mam poduszkę, także i ewentualne wycofanie przestaje być możliwe- Nie jestem pedałem. I Ty nim nie jesteś. Po co bawić się w pierdolenie nazwami, homo, nie homo, gej czy jak to ty brzydko ująłeś pedał. Nie podobasz mi się jako facet, tylko jako Ty. Cały Ty. Rozumiesz?
Jak mam to rozumieć? Wszystko dzieje się zbyt szybko, żebym mógł pojąć samo sedno jego przekazu.
Teraz nie chcę o tym myśleć. Wpatruję się w jego twarz i zaczynam odczuwać coś w rodzaju podziwu. Gorąco zalewa moje policzki. Rumienię się. Żenujące. Jedyne czego pragnę, to odwrócić się, lecz stanowcza dłoń mi na to nie pozwala.
-Nie wstydź się Mały- szepcze dotykając mojego nosa swoim.
Czuję, że w moim brzuchu powstaje nowe życie. Wyimaginowane skrzydełka zaczynają rozkosznie drażnić moje wnętrze, wzlatują to na górę, to znów w dół i rozpychają się na boki. Jest ich coraz więcej i więcej. Zamykam oczy.
Po raz pierwszy wdycham ten nowy, niecodzienny i zapewne niepowtarzalny zapach Rudego. Odbywam wewnętrzną walkę, by samemu przed sobą móc się przyznać,do tego że mi się podoba.
Wychylam się do przodu. Nie chcę uciekać. Byłoby to bardziej bez sensu niż to, co się we mnie dzieje.
Ujmuję jego twarz w obie dłonie, czując lekki ból w miejscu zakrytym przez bandaż. Ale teraz to nieważne. Teraz decyduję się na to niemoralne szaleństwo. Godne potępienia relacje z tym konkretnym chłopakiem.
Nieśmiało muskam ustami jego dolną wargę.
Odpowiada mi smak Rudego. Zdominowany owocową gumą do żucia z delikatnym przebiciem nikotyny. Powtarzam manewr, tym razem odważniej. Theo gwałtownie wciąga powietrze nosem. Napiera na mnie z taką żarliwością, jak gdyby zbyt długo musiał ją wcześniej powstrzymywać. Sunie językiem po moich ustach i delikatnie je rozchyla. Głaszcze mój policzek. Wzdycha.
Sam czuję, że serce łomocze mi równie szybko jak serce zranionego ptaka.
I nagle wszystko staje się proste. Te usta. Te oczy. Te dłonie.
Mój Rudy.
Pozwalam zmysłom całkowicie zanurzyć się w dalekim od codzienności doznaniu. Cały jestem nim pochłonięty..
Theo jakby siłą wyrywa się ze słodkiego letargu i odsuwa ode mnie kończąc pocałunek teatralnym muśnięciem.
Nie rozumiem.
-Nie chcę Cię wystraszyć Mały- Uśmiecha się.- Nie musisz się spieszyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz