wtorek, 25 czerwca 2013

V - Oczami Theo.

Życie jest jak piękne, na wpółdzikie zwierzę. Może podejść do Ciebie i pokornie pochylić kark, byś mógł je pogłaskać. 
Innym razem nie zbliży się na wyciągnięcie ręki, a będzie krążyć w okół, tak, byś tylko z daleka mógł podziwiać jego nieuchwytne piękno, kryjące się w subtelnej grze silnych mięśni, wijących się pod błyszczącą sierścią barwy smoły. 
Musisz jednak uważać, bo za niewłaściwy ruch zapłacisz głębokimi ranami po błyskawicznym cięciu śnieżnobiałych kłów. 

Szczęściem, czy też nieszczęściem- zależy od punktu widzenia- przez pewne traumatyczne wydarzenia, miałem okazję poznać swoją osobistą bestię znacznie bliżej niż większość ludzi podobnych mi wiekiem. 
Zwykle bywa tak, że dopiero w obliczu tragedii uświadamiamy sobie, jak bardzo jesteśmy płytcy, jak mało widzimy, jak bardzo nie doceniamy tego, co dzieje się w ogół. 
I gdy nagle spada na nas błogosławieństwo świadomości, zaczynamy się zmieniać. 
Jedni z nas bardzo szybko uznawani są za wariatów, i lądują w psychiatrykach (osobiście uważam, że nie ma ludzi normalnych. Norma jest pojęciem względnym, wytyczonym przez ogólnie przyjęte zasady moralności), drudzy po jakimś czasie nudzą się wytężoną pracą umysłu i rezygnują z poszukiwań samego siebie, a jeszcze inni zaczynają zdawać sobie sprawę z potęgi tego skomplikowanego, ociekającego posoką urządzenia, potocznie zwanego ludzkim mózgiem. 
Na szczęście nie zaliczam się do żadnej z dwóch pierwszych wymienionych grup. 

Lubię przyrodę i zachwycam się nią w każdej możliwej chwili. 
Fascynuje mnie literatura i sztuka. Dużo czytam. Zbieram informacje na tematy które mnie interesują. Wysnuwam własne teorie dotyczące konkretnych rzeczy, a potem szukam ich potwierdzenia. 
Właściwie w każdej sekundzie życia coś analizuję. Wielbię szczegóły. Wychwytuję dźwięki, zapachy, wrażenia dotykowe, słuchowe i wzrokowe. Dążę do poznania. Chcę być świadom wszystkiego, co mnie otacza i chłonąć z egzystencji jak najwięcej. Chcę by miała ona sens. 

Taki światopogląd wypracowałem sobie po śmierci mamy. 
Jako zrozpaczony, zdeptany i duszony tęsknotą czternastolatek, próbowałem przypomnieć sobie zapach perfum jakich używała. Wiem, że był delikatny i kobiecy. Tyle pamiętam, żadnych szczegółów. 
O ironio, zamiast tego doskonale wryła mi się w umysł gryząca woń dymu z papierosów, którymi namiętnie truł nas ojciec, jeszcze zanim zostawił nas dla młodej, atrakcyjnej Włoszki, z którą zamieszkał w jakiejś słonecznej mieścinie, leżącej tuż przy linii morza. 
W każdym razie od tego tragicznego wypadku, który odebrał mi matkę, staram się zwracać uwagę na wszystko. Żyć tak, jakbym następnego dnia miał się nie obudzić. Słodki Carpe Diem. Bo i kto wie, czy się obudzę? 
Uśmiecham się do własnych rozmyślań, zastanawiając się równocześnie, ile osób nazwałoby moje poglądy psychozą. 
-No, młody, widzę, że ładnie pobalowałeś- niski, męski głos, kryjący zarówno rozbawienie jak i ciekawość, dźwięczy w moich uszach. 
-Skąd te przypuszczenia, Aleks?- Pytam wyraźnie ironicznie, jednak on tej ironii zdaje się nie dostrzegać. 
-Nie wróciłeś na noc, siedzisz przy stole z kubkiem niezalanej kawy i wyglądasz jakby Cię jakiś pies zeżarł, przetrawił, a potem wysrał. 
Źrenice wykonują teatralny obrót. Mój starszy brat zawsze potrafił być przerażająco dosadny. 
Cóż, wcale nie mam zamiaru opowiadać mu o upojeniu alkoholowym, jakiego dopuściłem się w domu Emi, ani tym bardziej o tym, jak trzymałem włosy Mattowi, podczas gdy ten na kolanach spowiadał się toalecie z tego, co zjadł przez cały dzień. Nie miałem też ochoty wspominać jak potem wpółprzytomny leżał na moim ramieniu i jak nie mogłem się powstrzymać, aby się nim nie zaopiekować. 
Lepiej nie mówić nic, więc tylko wzruszam obojętnie ramionami. 
-Słuchaj Theo, kiedy to się wreszcie skończy? Te twoje nocne eskapady i upijanie się w sztok- ton jakim mówi w połączeniu z granatowym szlafrokiem, wykonanym z lekkiej satyny oraz puchowymi kapciami, które stanowią jedyną część garderoby, wydaje się po prostu komiczny - i znowu śmierdzisz fajkami, cholera! Młody! 
Czuję jak żyły rozdzierane są przez adrenalinę. Puls. Mocniej. Szybciej. Zaraz wybuchnę. Złość. Za moment uderzy mi do głowy. Jeszcze chwila. Zaciskam szczękę, obserwując Aleksa szykującego śniadanie dla dwóch osób. Teraz: 
-Mam swoje lata! Jestem pełnoletni i mam prawo o sobie decydować! 
-Skoro jesteś taki dorosły, to może zaczniesz sam się utrzymywać? Może się wyprowadzisz?- Patrzy na mnie z wyrzutem. 
-Hipokryta-cedzę przez zęby. Mała żyłka pulsuje na skroni- Zasrany hipokryta! Myślisz, że przyprowadzanie do domu co weekend innej, zabawnie łatwej szmaty jest takie bardzo dojrzałe?! Myślisz, że tego nie widzę?!- ruchem podbródka wskazuję tacę w jego rękach, na której znajduje się podwójna jajecznica. 
Wahanie. Zmieszanie na jego twarzy. 
-Ja przynajmniej zarabiam!- i tak kończą się wszystkie kłótnie. 
Wdech, wydech. Dość. Nie mogę dłużej tego słuchać. 
Wstaję. Spojrzenie pełne pogardy. Klamka, zimna. Trzask zamykanych drzwi. Kroki na chodniku. Kierunek: na przód, za dwie przecznice w prawo. Coraz ciszej. Coraz dalej od zgiełku co ruchliwszych ulic. Park. Ławka. Moja ławka. Przywłaszczam ją sobie dla swojej nostalgii. Siadam. Oddech się uspokaja. Chłodne powietrze wdziera się nosem i wychodzi ustami. Wzrok pada na dzikie ptactwo pluskające się w lodowatej wodzie stawu. 
Zawsze przychodzę właśnie tu, gdy do głosu dojdzie potrzeba uspokojenia myśli. 

Beznamiętnie obserwuję parę sunących po falującej powierzchni kaczek. 
Miłość skomplikowana jest w swej prostocie- rozważam. Jakieś ukłucie w okolicach serca. 
Raz jeden byłem zakochany. Dawno. Myśli zaczynają krążyć w okół wspomnień. 
Włosy koloru dojrzałej pszenica, zwykle splecione w ciasny warkocz. Pełne usta, zgrabne dłonie i wyjątkowo twardy charakter. 
Pierwsze pocałunki, pierwszy dotyk, pierwsze wspólne noce, które były naszą wielką tajemnicą. 
Odkąd odeszła.. Ona, Angelika, zabierając ze sobą część mnie, przestałem czuć w ten sposób. Przestałem wierzyć w stałe relacje, a więź między dwojgiem ludzi zdegradowałem do imaginacji rodzącej się z zauroczenia i pożądania fizycznego. 
Owszem, po Angelice miałem wiele partnerek, partnerów.. Nigdy nie widziałem różnicy między płcią męską i żeńską. Jest mi wszystko jedno, byleby obiekt w jakiś sposób mnie pociągał.. w jakiś.. Wystarczy ciekawa aparycja, mądre słowo, ładne piersi, czy tyłek. 
Zawsze też lubiłem porządnie się naćpać zanim wylądowałem z kimś w łóżku. Heh. 
Usta mimowolnie wykrzywia grymas obrzydzenia. W łóżku? Jakim łóżku? Moje przygodne manewry rzadko kiedy dotyczyły łóżka. Częściej były to toalety, tylne siedzenia samochodów, czy też po prostu podłogi w przypadkowych, zapyziałych melinach. 
Z resztą, szybkie numerki, służące tylko i wyłącznie zaspokojeniu chuci, nie wymagają ani luksusu, ani odpowiedniego klimatu. 
Czy kiedyś dręczyły mnie wyrzuty sumienia? 
Nie. Sam nie potrafiłem już kochać, ale starałem się także wybierać osoby, które szukały tego samego, co ja: jednorazowego zbliżenia. 
Żadnej wymiany numerów telefonów, żadnej kontynuacji znajomości. 
Nigdy nie miałem zamiaru nikogo ranić- choć skrycie, to jestem wrażliwym człowiekiem- jeśli krzywdziłem, to tylko nieumyślnie. 
Próbowałem wielu rzeczy z wieloma ludźmi, różnych nacji i obyczajów, jednak nigdy już nie doznałem tego, co dawały mi pełne smaku i magii noce spędzone z Angeliką. 
Zrezygnowałem z erotycznych poszukiwań przeszło rok temu. 
Teraz coraz bardziej pogrążam się w ukochanej muzyce, koncertach, alkoholu, papierosach i od czasu do czasu cięższych używkach. 
Życie nabrało innego wymiaru. 
Nie lubię, gdy ktoś ocenia to, co robię, nie znając mnie, moich poglądów, ani powodów, dla których postępuję tak, a nie inaczej. Chociaż.. Sądzę, że większość osób i tak uznała by mnie za psychola, bo moja logika jest zbyt trudna, głęboka i zawiła, a zdolność dedukcji zbyt wyćwiczona jak na ten wiek. 
Nawet, kiedy ktoś postanowi się ze mną przemawiać, szybko rezygnuje, nie mogąc znaleźć dobrych kontrargumentów dla mojego stanowiska, a swoją ucieczkę ze słownego pola bitwy tłumaczy prostym zdaniem, którym gardzę tak bardzo, że aż wywraca trzewia, a mianowicie "nie chce mi się z Tobą gadać". 

Składam dłonie, przybliżam je do ust i chucham ogrzanym powietrzem, by dać zdrętwiałym palcom choć trochę ciepła. 
Kaczki odpływają gdzieś na drugi koniec zbiornika, wesoło kołysząc się na wodzie. Teraz są tak daleko, że ledwo dostrzegam ich drobne, zaokrąglone sylwetki. 
Przez umysł przebiega pewien obraz. Twarz Matta. Jego naburmuszona mina, zmarszczone brwi, oraz niedające się odgadnąć spojrzenie. 
Przypominam sobie jakie w dotyku są jego włosy i po plecach przebiega salwa dreszczy. 
Czuję, że się rumienię. To dziwne, że zawstydza mnie myśl o koledze z nowej klasy. Fascynacja. Tak, to chyba to. 
Głęboki wdech rozpiera mi płuca. 
Intryguje mnie jego charyzma. Ponadto jest inteligentny, a inteligencja działa na minie lepiej niż najwspanialszy afrodyzjak. 
Skądś znam ten specyficzny charakter. 
Boję się myśleć o Matt'cie w ten sposób, lecz to jest ode mnie silniejsze. 
Czuję, że zakładam sobie pętlę na szyję. Wizja odtrącenia co najmniej mnie przeraża, jednakże chyba nie na tyle, by powstrzymywać się od dwuznaczności, jakie kieruję w jego stronę poprzez słowa i gesty. Kurwa. Przecież to normalny chłopak, z normalnej rodziny i pewnie o konwencjonalnym podejściu do życia i związków. 

Oh, Theodorze- Karcę się w myślach- sam chcesz się skrzywdzić, pierdolony masochisto. Lecz się póki nie jest za późno, albo od razu strzel sobie w łeb. 

Tak będzie lepiej. 

Dziwny bulgoczący odgłos, niefortunnie komponuje się w dźwięki parku. To mój brzuch. Wyciągam papierosa. Odpalam go, a potem wpuszczam rakotwórczy dym do płuc. Wdech. Biały dym kręci w powietrzu piękne, zwiewne piruety. 
Robi się późno. Czas wracać do domu. 

Otwieram lodówkę. Co by tu...? O proszę, pomidorowa. Aleks, choć bardzo obrażony zadbał bym nie chodził głodny. Ciekawe, gdzie też się podział? Pewnie przesiaduje u którejś ze swoich lasek. 
Zjadam zimną zupę- nie chce mi się jej odgrzewać. Za oknem powoli robi się szarawo. Zamykam się w pokoju. Wyciągam repetytorium z historii i próbuję się uczyć. Muszę traktować maturę poważnie, z takiej racji, że jest ona moją przepustką do wolności. 
Nic z tego. Złe samopoczucie, ciągłe próby wyparcia Matta z myśli i świadomość konieczności oddalenia się od jego świata, skutecznie udaremniają mój wysiłek. 
Idę spać. 

Budzę się z postanowieniem zachowania dystansu i powtarzam sobie, że izolacja będzie najlepszym wyjściem dla nas wszystkich. 
Ja nie będę stwarzał sobie pozorów uczucia, a Matt nie będzie musiał tłumaczyć się kolegom, czemu ten Rudy pedał tak się do niego przyczepił. 

Dobiegam do szkoły nieco spóźniony. Korytarz. Szlag. Mylę drogę-muszę się cofnąć. 
Wchodzę do klasy ponad piętnaście minut po dzwonku. 
-Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie- uprzejmie witam się z psorem, starając się uspokoić oddech. 
Wbrew własnej woli rozglądam się po klasie. Przed oczami przewijają mi się twarze wszystkich współuczniów, a ja staram się wyłowić z nich tą jedną. Miejsce obok Emi jest puste- nie ma go. 
Dziewczyna posyła mi uśmiech, a ja odpowiadam jej tym samym, choć czuję jak rośnie mi gula w gardle. 
Bez zastanowienia zajmuję ławkę, w której zwykle siedzi Matt. 
-Nie ma naszego imprezowicza?-pytam szeptem z pozornym rozbawieniem, To w jaki sposób nauczyłem się kryć emocje imponowało nawet mi samemu. Nikt nie byłby w stanie odkryć, co tak na prawdę dzieje się w moim wnętrzu. 
-Nie, myślałam, że "mały" będzie z Tobą- silnie akcentuje słowo "mały", spoglądając przy tym na mnie wymownie. Chichocze. 
-Daj już spokój-Przywołuję na usta najłagodniejszy uśmiech na jaki mnie stać-wiesz, że to były wygłupy. Po co ciągnąć je w nieskończoność? Zaraz zrobią się nudne. 
Ziewam teatralnie, przykrywając usta dłonią, a serce wali jak młot pneumatyczny. 
-Cóż, może przyjdzie na dziewiątą.- dziewczyna sumuje już poważnie, jakby obruszona moimi słowami. 

Matt nie pojawia się na drugiej lekcji. Nie poruszam już jego tematu. Nie chcę zwracać niczyjej uwagi na swoje samopoczucie. Poznaję coraz to więcej ludzi z klasy i spoza niej. 
Uśmiecham się. Rozmawiam. "Ups, coś Ci spadło". 
Podnoszę długopis i szarmancko oddaję go średniej urody dziewczynie o hipnotyzującym spojrzeniu. 
Rumieni się. O nie. Nie patrz tak na mnie-apeluję w myślach- nie chcę problemów z pseudo zakochanymi uczennicami młodszych klas. W ogóle nie chcę żadnych problemów. 
Do końca lekcji pozostaję już przy Emi. Jest nieco nieogarnięta. Pomagam jej w nauce. 

Mija następny dzień, i kolejny. Matt wciąż jest nieobecny. Zaczynam się niepokoić. Ogarnia mnie drażliwość. Coraz ciężej jest się uśmiechać i udawać, że nigdy nic mi nie dolega. Czwartek. Piątek. Nadal go nie ma. Zagryzam wargę. Jeszcze parę sekund walczę ze sobą. To nie ma sensu. Męczę się martwiąc tą całą, dziwną sytuacją. 
-Ej, Emi..- Zaczynam nieśmiało drapiąc się po tyle głowy- Miałaś jakieś wiadomości od Matta? Wiadomo dlaczego go nie ma? 
-Dzwoniłam do niego wczoraj, ale nie odebrał. Pewnie jest chory, albo coś. Może spał. 
-Tak pytałem.-chcę bym mój głos zabrzmiał obojętnie. Nic z tego. Smutek delikatnie przebija maskę. Na szczęście dziewczyna tego nie zauważa. Już miałem odejść w swoją stronę, ale... 
-Emi, podałabyś mi jego dokładny adres?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz